Najwęższe miejsce doliny Wisły – na całej jej długości, od podnóża Karpat po ujście do Bałtyku – leży pod Krakowem, między Tyńcem a Piekarami. Rzeka ma tu niespełna czterysta metrów luzu między wapiennymi ścianami. Stoisz na brzegu, patrzysz na klasztor wsparty na skale i myślisz to, co myślą wszyscy: że woda przegryzła się przez kamień. To nieprawda. Wisła nie przecięła tych wzgórz. Weszła w gotową szczelinę.
Wzgórza Tynieckie należą do Pomostu Krakowskiego, wschodniej części Bramy Krakowskiej – to prawobrzeżne przedłużenie tego samego systemu wapiennych garbów, do którego należy Wawel. Zbudowane są z wapieni górnojurajskich, występujących tu w kilku odmianach: skalistej – litej, nieuławiconej – oraz ławicowej i płytowej, z krzemieniami. Ale nie wysokość jest tu najciekawsza, tylko sposób powstania. To zręby tektoniczne – bloki, które pozostały na miejscu, podczas gdy sąsiednie zapadły się wzdłuż uskoków. Rowy między nimi wypełniły miękkie iły mioceńskie, później rzeczne piaski i żwiry. Wisła płynie po tym wypełnieniu. Wybrała drogę najmniejszego oporu i wygląda dziś, jakby dokonała czegoś wielkiego. Najwyższy Guminek ma 293 albo 294 metry nad poziomem morza, zależnie od tego, kogo się zapyta; nad terasą Wisły to najwyżej dziewięćdziesiąt metrów różnicy. Wrażenie, jakie robi ten krajobraz, jest wyraźnie nieproporcjonalne do liczb.









